17 kwi 2012

Językowo, lokalnie i książkowo.


Chciałabym kiedyś usiąść przed komputerem i płynnie, bez przerywania i przypominania sobie znaczenia polskich (!) słówek, wylać z siebie potok myśli. Ładnie, zgrabnie i z sensem. Nie jest to proste i jakbym miała wskazać tylko jedną z niekorzyści używania angielskiego na co dzień - to byłoby to językowe poplątanie (pisząc to zdanie musiałam sobie najpierw przetłumaczyć "disadvantage" na polski).  Ani angielski, polski, czy niemiecki nie są u mnie na tyle płynne, żebym była w pełni zadowolona. Ostatnio łapie się coraz częściej na tym, że czytając polskie teksty zwracam większą uwagę na interpunkcję, gramatykę i na słówka. Tak jak kiedyś uczyłam się angielskiego i niemieckiego, to teraz mam wrażenie, że na nowo uczę się polskiego w ramach lekcji języka obcego. Abstrahując jednak od moich problemów z poprawnym wysłowieniem się, myslałam ostatnio o tym, że jest coraz więcej zwolenników bycia w klubie "lokalnym". Jedzenie lokalne, wspieranie lokalnych małych biznesów, rolników, itp. I tak, jestem jak najbardziej na tak! Spacerując po ulicach Portland natknęłam się na hasło: jedz, spij, czytaj lokalnie. Jestem ciekawa, ilu mało znanych artystów pisarzy można by odkryć metodą lokalnego czytelnictwa. Może Pani sprzedająca mi kawę w ulubionej kawiarni po siąsiedzku, napisała książkę, która odmieniłaby jakoś moje życie. Ale że jej public relations opiera się jedynie (a może jednak "aż"!) na czytaniu fragmentów swoich utworów na lokalnych imprezach w ogrodzie dla przyjaciół i sąsiadów, mam marną szansę na poznanie jej twórczości. Jestem ciekawa tych wszystkich książek, które mają mała szansę bycia jedną z wielu pozycji na amazonie (hmm może i dobrze!?). Na pewno wiele z tych perełek przeoczę idąc/czytając z (za) nurtem, ale sama świadomość lokalnego czytelnictwa na pewno napędzi moją chęć odkrywania. A jakie są Wasze ostatnie książkowe odkrycia, te lokalne i te mniej lokalne? :)

18 komentarzy:

  1. Klub lokalny - Genialny temat :), ale chyba do zrealizowania w takim otwartym i odważnym społeczeństwie jakim są Amerykanie... zwłaszcza ci małomiasteczkowi, tam są inne relacje, u nas a mieszkam w malej mieścince- chociaż pochodzę z Warszawy - trochę byłoby ciężko - rozwinąć mały biznes chociażby jedzeniowy jest ciężko - ze względu na horrendalne ceny lokali i "pruszkowskich opiekunów" :)), do tego dochodzi taka lokalna sitwa która raczej hamuje rozwój aniżeli go wspiera, chłopi na targ przywożą towary z Macro Cash a nie z własnych pól - totalna degrengolada - a mnie się marzy coś takiego o czym piszesz :) - poza tym są antagonizmy - tutaj miejscowi nie lubią "tych co do nich się przeprowadzili z miasta" - nawet autobus szkolny nie zabiera dzieci z "miastowego osiedla" do miejscowej szkoły - bo to dzieci "bogaczy" - w szkole dzieci się tak łączy w klasy, żeby zawsze co osiedlowi byli osobno a nie z miejscowymi - totalna masakra - trzeba by najpierw chyba przegonić wójta szowinistę czy coś w tym stylu :)))...
    uściski!

    OdpowiedzUsuń
  2. Agnieszko co do Twoich problemów z wysławianiem się to chyba trochę przesadzasz...uwielbiam Cię czytać- zawsze jest lekko, spójnie, z sensem:) Lokalne inicjatywy popieram jak najbardziej! W naszym miasteczku nie brakuje lokalnych sklepów i małych biznesików, mimo, że ceny są trochę wyższe jak normalnie to na brak klientów narzekać nie mogą:) Nasze 30-tysięczne miasteczko posiada też swój lokalny browar:) Co do odkryć książkowych, to znasz mój ostatni stosik właśnie czytam "Czarne mleko" i podoba mi się:) Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klikają "dodaj komentarz" pomyślałam dokładnie to co Mimi we wstępie :). Piszesz lekko, spójnie z sensem! Ja mam maleńkiego bzika na punkcie poprawnej polszczyzny - ładnego wysławiania się, pisania. Sama czasem popełniam błędy i lubię jak ktoś mi zwróci wówczas uwagę :). Tak więc Aga, Twoja polszczyzna nie pozostawia wiele (albo i nic) do życzenia :))

      Czytam "Powrót do Howards End", nie sądziłam, że tak zauroczy mnie ta książka. Jak skończę to w końcu obejrzę film ;)

      Buziaki!

      Usuń
  3. Moim odkryciem ostatnich miesięcy jest zdecydowanie Joanna Bator. Jej dwie powieści "Piaskowa góra" i "Chmudralia" to majstersztyk polskiej szkoły powieści. Takie nad Niemnem przeniesione do komunistycznego bloku w Wałbrzychu. Dużo nawiązań do poplątanej (!) polskiej historii. Można uronić łzę i umrzeć ze śmiechu, a przy tym wszystkim Bator posiadła magiczną moc żonglerki polskim językiem bez żadnego uszczerbku dla pięknej polszczyzny. Obecnie skończyłam jej książkę o pobycie w Japonii. Coś innego, ale równie zajmujące. A jeśli czytasz po niemiecku to polecam literaturę młodych Niemców z tzw. Migrationshintergrund, ale związanych z Rosją. Piękna powieść Olgi Grjasnowej "Der Russe ist einer, der Birken liebt". Zamarzyło mi się przełożyć tę książkę na polski.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakiś czas temu na wyprzedaży w księgarni za całe 5 zł dorwałam książkę 'Piąta z kwartetu', której akcja toczy się w Łodzi. Fajnie było poznać miasto, w którym żyję z innej perspektywy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie słyszałam jeszcze takich haseł, aby czytać lokalnie;) Pewnie dojdą i do Polski za kilka miesięcy;););) Lubię czytać książki krakowskich autorów, zwłaszcza jak przemycają co nieco z naszego wspólnego podwórka.
    Teraz czytam "Kwiaty na poddaszu" Virginii C. Andrews, średnio lokalnie;););)
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja odkryłam lokalnie-kulinarnie powidła strzeleckie. No powiedzmy, że odkryłam je dla siebie, nie dla świata. Świat je dawno odkrył, bo jakiś czas temu otrzymały zaszczytne ochronne miano unijnego produktu lokalnego. Bardzo mi się podoba, że jak przejeżdża się przez wieś Strzelce, przy domach wiszą drewniane tabliczki - tu kupisz powidła. Dzwonisz do drzwi domu i uśmiechnięta pani, przynosi słoiczki z najlepszymi powidłami na świecie. Mogę też je kupić w niektórych sklepach, ale wolimy przejechać się samochodem kawałek i poczynić zakupy w tak bardzo przyjemnej formie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety, znam uczucie tego "problemu jezykowego"...mam tez wrazenie,ze kryje sie za tym ciut wiecej niz 'tylko' mowic poprawnym jezykiem, bynajmniej u mnie.
    Usciski!

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetna kampania. Lokalne powinno się wspierać. Moim zdaniem mamy problem z takim globalnym myśleniem. Zupełnie nie doceniamy tego co mamy pod nosem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja czytam miejscową autorkę, razem z niezliczonymi czytelnikami na całym świecie;-), zważywszy, że jest jednym z 3 najbardziej wpływowych pisarzy, jacy kiedykolwiek pisali po angielsku. Mówię oczywiście o Jane Austen, która wszystkie 6 powieści stworzyła w Chawton, niecałe 20 mil od miejsca, w którym mieszkam.
    W pewnym sensie także Dickens (2 z tej trójki najbardziej wpływowych), jest miejscowym pisarzem, urodził się bowiem także w Hampshire, w niedalekim Portsmouth.
    A co do kalek, to powszechne wśród emigrantów, ja także muszę się pilnować - nawet niedawno świadomie zatrzymałam się pisząc, i zamieniłam "lokalne" na lepsze, bardziej rdzennie polskie "miejscowe";-) - ale gdybym pisała szybko, to ta kalka angielskiego local na pewno by się wkradła:-)

    OdpowiedzUsuń
  10. :) Mam podobne problemy z wyslawianiem sie. Zauwazylam tez ze nie moge czytac tez ksiazek tlumaczonych z angielskiego na polski, bo co rusz wynajduje bledy tlumaczeniowe. Nie odnosi sie to oczywiscie do wszystkich tlumaczen, ale wiele z nich pozostawia pewien niesmak...

    OdpowiedzUsuń
  11. Czytając Cię nigdy bym nie powiedziała, że musisz się zastanawiać jak napisać jakieś słówko.
    A lokalna kampania bardzo do mnie przemawia! Bardzo!

    OdpowiedzUsuń
  12. Agnieszka, super piszesz!!!
    Tylko nie przestawaj.
    Jestem fanką "lokalnej społeczności" - w każdym wydaniu:-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nigdy nie pomyślałabym, że masz problemy z wysłowieniem się, "brzmisz" niezwykle naturalnie. Kiedyś miałam okazję poznać twórczość literacką niektórych mieszkańców mojego miasta podczas spotkań koła literackiego. Było to pod wieloma względami ciekawe doświadczenie, ale niestety rozczarowujące.

    OdpowiedzUsuń
  14. I Ty masz problemy z wysławianiem się? oj...zapraszam, do mojej szkoły, gdzie osoby przebywające tylko w Polsce, mają wielkie problemy!
    świetny pomysł z klubem i jakoś tak kojarzy mi się właśnie z Ameryką, czytałam wiele książek, gdzie mieszkańcy żyli w takich właśnie społecznościach.buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  15. Ula, nasuwa mi się tylko jedno: O matko!!! O ile łatwiej byłoby wszystkim, gdyby ludzie po prostu byli dobrzy i otwarci - no i te podziały w szkole, nie znoszę takiej zaściankowości. No i te "warzywa" z Macro na dokładkę ;)

    Mimi, masz rację, ja jestem pewna, że przesadzam :) Doktorant często mi powtarza, że mam bardziej uwierzyć w siebie i swoje zdolności, ale tak jak u innych je zauważam, u siebie to trochę gorzej mi idzie. No i czasem mam naprawdę problem z przypomnieniem sobie słówek, albo z wytłumaczeniem czegoś po polsku. A na Wasz lokalny browar to się kiedyś wprosimy ;) "Czarne mleko" dodane do listy życzeń:)

    Alucho, staram się, staram, ale czasem chciałabym jeszcze ładniej :) Dzięki Kochana!
    Ksiązki nie znam i filmu też nie, ale już mi się podoba bo uwielbiam wszystko co ma związek z początkiem XXw.

    Dziewczyno bez matury, książki dopisuję do swojej listy. Dzięki. Po niemiecku czytałam, ale od czasu, jak mieszkamy w Stanach to już tylko gazety, książek nie. Ale zapamiętam i się rozejrzę za tą książką, jak będę w DE - no chyba, że wcześniej ją przetłumaczysz na polski:)

    Lamalwina, ja też :)

    M., świetne są takie książki o miastach, w których się samemu mieszka, porównywanie znajomych miejsc z wizją autora...

    Aniu, sądzę, że inicjatywa jest fajna, oczywiście jeśli chodzi o wspieranie autorów, którzy mają coś do przekazania. Na pewno, od teraz, będę się uważniej przyglądać różnym autorom...szczególnie po przeprowadzce :) Książkę Andrews dodałam do mojej listy ;)

    Amebo, wiem, że moi rodzice kupowali jakieś powidła lokalne, ale nie pamiętam skąd...może Strzeleckie:)A od jakiegoś czasu kupują też inne rzeczy od lokalnych rolników i producentów. Znalazłam im fajną stronę, gdzie można zamawiać online i dostarczają produkty raz w tygodniu do domu. Działają niestety tylko na terenie Poznania, chociaż wiem, że chyba na terenie W-wy też coś takiego działa. Może się rozwiną na resztę Polski, albo ktoś podchwyci pomysł:)

    Bachert, pamiętam, jak po jakiś trzech latach w Niemczech miałam bardzo trudny, językowo, okres. Sądzę, że mózg się jakoś nie mógł przestawić i trzy języki naraz były męczące, tym bardziej, że wszystkie trzy były w użyciu non stop. Teraz niemieckiego jest już mniej, za to angielski zdecydowanie zdominował polski.

    Anuszko, zgadzam się, czasem wystarczy rozejrzeć się dookoła i znajdzie się wiele ciekawych i godnych uwagi, miejscowych rzeczy.

    Aniu, nie powiem, że troszkę zazdroszczę Ci takiego miejsca zamieszkania...z duchem Austen unoszącym się z wiatrem:) I tego że byłaś w Highclere Castle aka Dowton Abbey też ;) No tak, "miejscowe" masz całkowitą rację, że brzmi lepiej. Niestety, ale zdarza mi się tłumaczyć coś błednie, albo zbyt dosłownie.

    Maju, a mnie czytanie po angielsku czasem męczy. Może dlatego, że lubię zrozumieć nie tylko sens, ale każde jedno słówko.

    Jagodo, kampania jest super i w Oregonie wspieranie miejscowych społeczności jest bardzo naturalne i często spotykane.

    Heidi, nie przestanę :) Ja też jestem fanką, o ile fajniej się mieszka w środowisku, o którym się trochę więcej wie, niż tylko, że sąsiad z brodą mieszka "pod czwórką" ;)

    Paulino, w takim razie cieszę się, że nie zamęczam czytelników za bardzo ;)

    Olu, o Ameryce można by wiele pomarudzić, ale jedno jest tutaj na pewno fajne, że jak już się ludzie zaangażują to na całego, i nie ma marudzenia czy wynajdywania problemów, ale wsparcie i dobra zabawa - przynajmniej takie mam odczucia :)

    ***
    Uściski Dziewczyny:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mam podobny problem i mój blog kiedy go zakładałam miał mi teoretycznie pomóc w (no właśnie w czym?!!) tym, by nie zatraciła całkowicie umięjętności budowania zdań :)
    Co do literatury to uwielbiam wzmianki o moim miejscu zamieszekania, cieszyło mnie w niesamowitej When God was a rabbit a ostatnio Call the midwive, której miejscem akcji jest wschodni Londyn :)

    OdpowiedzUsuń

Pozdrawiam :)