
Chciałabym kiedyś usiąść przed komputerem i płynnie, bez przerywania i przypominania sobie znaczenia polskich (!) słówek, wylać z siebie potok myśli. Ładnie, zgrabnie i z sensem. Nie jest to proste i jakbym miała wskazać tylko jedną z niekorzyści używania angielskiego na co dzień - to byłoby to językowe poplątanie (pisząc to zdanie musiałam sobie najpierw przetłumaczyć "disadvantage" na polski). Ani angielski, polski, czy niemiecki nie są u mnie na tyle płynne, żebym była w pełni zadowolona. Ostatnio łapie się coraz częściej na tym, że czytając polskie teksty zwracam większą uwagę na interpunkcję, gramatykę i na słówka. Tak jak kiedyś uczyłam się angielskiego i niemieckiego, to teraz mam wrażenie, że na nowo uczę się polskiego w ramach lekcji języka obcego. Abstrahując jednak od moich problemów z poprawnym wysłowieniem się, myslałam ostatnio o tym, że jest coraz więcej zwolenników bycia w klubie "lokalnym". Jedzenie lokalne, wspieranie lokalnych małych biznesów, rolników, itp. I tak, jestem jak najbardziej na tak! Spacerując po ulicach Portland natknęłam się na hasło: jedz, spij, czytaj lokalnie. Jestem ciekawa, ilu mało znanych artystów pisarzy można by odkryć metodą lokalnego czytelnictwa. Może Pani sprzedająca mi kawę w ulubionej kawiarni po siąsiedzku, napisała książkę, która odmieniłaby jakoś moje życie. Ale że jej public relations opiera się jedynie (a może jednak "aż"!) na czytaniu fragmentów swoich utworów na lokalnych imprezach w ogrodzie dla przyjaciół i sąsiadów, mam marną szansę na poznanie jej twórczości. Jestem ciekawa tych wszystkich książek, które mają mała szansę bycia jedną z wielu pozycji na amazonie (hmm może i dobrze!?). Na pewno wiele z tych perełek przeoczę idąc/czytając z (za) nurtem, ale sama świadomość lokalnego czytelnictwa na pewno napędzi moją chęć odkrywania. A jakie są Wasze ostatnie książkowe odkrycia, te lokalne i te mniej lokalne? :)
