Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli. Pokaż wszystkie posty

17 kwi 2012

Językowo, lokalnie i książkowo.


Chciałabym kiedyś usiąść przed komputerem i płynnie, bez przerywania i przypominania sobie znaczenia polskich (!) słówek, wylać z siebie potok myśli. Ładnie, zgrabnie i z sensem. Nie jest to proste i jakbym miała wskazać tylko jedną z niekorzyści używania angielskiego na co dzień - to byłoby to językowe poplątanie (pisząc to zdanie musiałam sobie najpierw przetłumaczyć "disadvantage" na polski).  Ani angielski, polski, czy niemiecki nie są u mnie na tyle płynne, żebym była w pełni zadowolona. Ostatnio łapie się coraz częściej na tym, że czytając polskie teksty zwracam większą uwagę na interpunkcję, gramatykę i na słówka. Tak jak kiedyś uczyłam się angielskiego i niemieckiego, to teraz mam wrażenie, że na nowo uczę się polskiego w ramach lekcji języka obcego. Abstrahując jednak od moich problemów z poprawnym wysłowieniem się, myslałam ostatnio o tym, że jest coraz więcej zwolenników bycia w klubie "lokalnym". Jedzenie lokalne, wspieranie lokalnych małych biznesów, rolników, itp. I tak, jestem jak najbardziej na tak! Spacerując po ulicach Portland natknęłam się na hasło: jedz, spij, czytaj lokalnie. Jestem ciekawa, ilu mało znanych artystów pisarzy można by odkryć metodą lokalnego czytelnictwa. Może Pani sprzedająca mi kawę w ulubionej kawiarni po siąsiedzku, napisała książkę, która odmieniłaby jakoś moje życie. Ale że jej public relations opiera się jedynie (a może jednak "aż"!) na czytaniu fragmentów swoich utworów na lokalnych imprezach w ogrodzie dla przyjaciół i sąsiadów, mam marną szansę na poznanie jej twórczości. Jestem ciekawa tych wszystkich książek, które mają mała szansę bycia jedną z wielu pozycji na amazonie (hmm może i dobrze!?). Na pewno wiele z tych perełek przeoczę idąc/czytając z (za) nurtem, ale sama świadomość lokalnego czytelnictwa na pewno napędzi moją chęć odkrywania. A jakie są Wasze ostatnie książkowe odkrycia, te lokalne i te mniej lokalne? :)

3 kwi 2012

Dom.

Są miejsca, które mają TO znaczenie  - będą je miały tylko dla mnie. I nie ważne ile słów określających ich znaczenie bym użyłam i tak nie oddałyby one w połowie emocji, które ze sobą niosą. Z otwartością i bez zbędnych schematów staram się czytać ksiązkę Eckahrt Tolle "The Power of Now"- już pierwsze, wstępne zdanie wprowadziło mnie w mylny tor- dla autora przeszłość nie ma znaczenia. Dla mnie ma i to dużą, mimo że staram się bardzo doceniać dzisiejszy dzień, chwilę obecną. Brnę dalej, kartka po kartce i staram się nie zrażać...
A zdjęcia są z mojego ostatniego pobytu w Domu. To ponad rok i trzy miesiące temu. Tęsknię.





15 mar 2012

Ciepła zupa i kawałek domowego chleba.
Czasem chciałabym, żeby wszystko było tak proste, jak ten posiłek.
(O, Naiwności!)































***
Polecam pieczenie warzyw do zupy. Zupełnie inny wymiar smaku.
Do pomidorowej zazwyczaj zapiekam cebulę, pietruszkę, marchewki (2-3), trzy ząbki czosnku z odrobiną oliwy i przypraw (sól, pieprz, kukurma,imbir) przez około 35-40 min w 220C, potem miksuję z pomidorami z puszki (zimą) albo świeżymi (latem piekę pomidory razem z resztą warzyw) i bulionem. Zagotuję i gotowe.

13 mar 2012

Rozczula mnie, jak za każdym razem gdy wchodzi do pokoju spojrzy na mnie z uśmiechem. Znienacka skradnie całusa i zapyta się, w czym ma mi pomóc. Odprowadzi za rękę na parking do samochodu, jak jadę na zakupy bo akurat ma ochotę spędzić tą krótką chwilę ze mną. Przygotuje obiad, własną kulinarną inspirację i potem co chwilę się pyta, czy zgadnę jakich użył przypraw z uśmiechem zadowolenia. Może i jest to oczywistość, w końcu jesteśmy małżeństwem i miłość i dobroć nie powinny być czymś zadziwiającym. Ale w czasach, w których muszę zatykać uszy czytając panoszące się "krzyki" w internecie.W czasach, w których mam wrażenie jest coraz mniej wyważonych, rozważnych i rozsądnych dyskusji , tych słowem mówionym i pisanym, które przeprowadzane sa z coraz mniejszym zrozumieniem, tolerancją i empatią,  jestem wdzięczna za moje schronienie i mój spokój. Dużo spokoju, którego On jest częścią.
Wam też życzę dużo spokoju!

1 mar 2012

Stecce upieczone, chleb na śniadanie gotowy. Czekoladowe ciasto kusi. Zupa soczewicowa pachnie obłędnie, a ulepione pierogi czekają już tylko na podsmażoną cebulkę. Czuję się trochę jak przed naszą pierwszą randką. Mimo że pewien strajk na pewnym lotnisku napsuł duuuuużo krwi, a odwołany lot na lotnisku w Chicago wystawił nas na kolejną próbę cierpliwości, to i tak sie uśmiecham. Co tam takie przeciwności, jak już za moment przytulę Go mocno i w końcu wszystko wróci na swoje miejsce.
Oh, happy day in Oregon:)

24 lut 2012

Spacer w słońcu. Znane uliczki, sklepy, kafejki, nawet niektóre twarze przechodniów. Za chwilę będą już tylko wspomnieniem. Staram się jak najwięcej zapamiętać, dostrzec szczegóły, które przez te ponad dwa lata możliwe, że gdzieś umknęły chowając się za codziennością. Wszystkie poprzednie miejsca wpisały się w moim sercu, to też. Cieszę się na te nadchodzące zmiany. Nie analizuję, nie denerwuję się, nie przewiduję, nie mam wygórowanych oczekiwań. Po prostu się cieszę, ale już teraz wiem, że i tak będę tęsknić.

17 lut 2012

Tłusty czwartek przypieczętowałam zjedzeniem trzech zamerykanizowanych stroopwafel
Dopiero przy trzecim zaświeciła się żarówka...przecież to typowe holenderskie ciastka.
Jak sobie pomyślę, że za pięć miesięcy zjem te oryginalne...jejku jak fajnie :))

20 sty 2012

Do startu gotowi?! Start!!! No i jak Doktorant wystartował na początku stycznia, tak dalej biegnie. Chyba najdłuższy "maraton" świata. Przynajmniej tak mi sie wydaje bo moje zmęczenie i stres osiągnęły już zenitu. A ja jestem przecież tylko na wpół-(u)czynną uczestniczką, to co dopiero "maratończyk" ma powiedzieć?! Dwa ostatnie tygodnie możnaby określić ulubionym polskim słowem Doktoranta: MASAKRA! Już teraz rozumiem, że praca logistyków to ciężka harówka. Wszystko ładnie rozplanują, przepływ dóbr między A a B. Z uwzględnieniem optymalnych opcji zarówno dla samych siebie jak i dla klienta. Skrzętne wyliczenia i  dopasowanie do panujących warunków i dostępnych środków. A tu nagle zonk! Bo ktoś nie sprawdzi e-mejla, albo zapomni, albo to, albo tamto. Doktorant w samym środku bałaganu. Przecież to są zawody. Kto pierwszy ten lepszy! No nic, on biegnie dalej a ja nadal obsługuję punkt informacyjno-organizacyjno-żywieniowy. Byle do wiosny! I bynajmniej nie o pogodę mi chodzi...
uspokajajace barwy...:))

12 sty 2012

Chleb żytni z suszonymi porzeczkami.

Chleb. Po prostu.
I zawsze ten zapach, z którym zazwyczaj zasypiam bo często piękę wieczorem.
I zawsze ta sama niecierpliwość, żeby odkroić piętkę :)
I zawsze, nawet wtedy jak już moja codzienność się zmieni, chciałabym pamiętać ile radości przynosi mi pieczenie w tym starym, zdezelowanym piekarniku, w wynajętym mieszkaniu, gdzieś tam w Oregonie.
I zawsze chciałabym też pamiętać, że zwykła kromka domowego chleba jest powodem do uśmiechu nawet w te mało fajne dni.
***
Ten post jest z 3.06.2011...zawieruszył się gdzieś w przykurzonych zakamarkach a dzięki Agnieszce i jej odkurzonym poście przejrzałam swoje nieopublikowane archiwum;)
I tak bardzo pasuje do mojego nastroju...a raczej jego braku. 
Ale domowe pieczywo rozchmurzy każdy dzień! ;)
Dużo się dzieje. Ważne spotkania, ważne decyzje.
Próba ogarnięcia biurokracji wizowej....
Doktorant zdecydowanie urodził się z nieodpowiednim paszportem.
Przerażające jest ile taki mały stempelek w małej "książeczce" może napsuć krwi i wyssać $$ z konta.
Wrócę jak się ogarniemy:)
Zostawiam Was z pysznym chlebem:))
Uściski dla Was!!!



Chleb żytni z suszonymi porzeczkami
(oryginał tutaj)

Na zaczyn:
200g mąki pszennej chlebowej (najlepiej wysokoglutenowej)
140g wody
3g soli
szczypta suszonych drożdży ( u mnie około 1/8 lyżeczki)

Wymieszać wszystkie składniki na zaczyn w misce. 
Przykryć folią spożywczą.
Odstawić w temperaturze pokojowej na 24 godziny albo w lodówce na 48 godzin.
(jeśli zaczyn był w lodówce to przed użyciem należy zostawić go w temperaturze pokojowej przynajmniej przez godzinę)


Na chleb:

400g mąki żytniej (w oryginale mąka żytnia ciemna - ja dałam po prostu żytnią "rye flour")
120g mąki pszennej chlebowej wysokoglutenowej
340g zaczynu (cały zaczyn - u mnie 320g)
11g soli
410g wody
1 łyżeczka kawy mielonej (nie instant/rozpuszczalnej)
100g suszonych porzeczek
(w oryginale 100g rodzynek + łyżeczka nasion kminku)


Wszystkie składniki na chleb oprócz suszonych porzeczek umieszczamy w misce do miksera.
Miskujemy z hakiem przez około 8-10 minut. 
Dodajemy porzeczki.
Krótko miksujemy do wymieszania się porzeczek z resztą ciasta.
Smarujemy ręce, czystą miskę i blat odrobiną oliwy.
Wyciągamy ciasto na blat i zagniatamy krótko.
(jak się ciasto lepi do blatu to pomaga skrobaczka do ciasta)
Wkładamy do czystej miski wysmarowanej oliwą. 
Przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy na 1 godzinę.


Po godzinie wyciągamy ciasto na blat wysmarowany lekko oliwą (ręce też smarujemy oliwą) i lekko spłaszczamy w kształt okręgu.
Składamy po kwałku od zewnątrz do środka tworząc kulę.
Można sobie pomóc skrobaczką do ciasta.
Przekładamy z powrotem do miski.
Przykrywamy folią i odstawiamy na godzinę.
****
Po godzinie powtarzamy składanie.
Przekładamy z powrotem do miski.
Przykrywamy folią i odstawiamy na godzinę.
****
Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie części i: 
1) Albo forujemy bochenki i przekładamy do koszyka/na płótno piekarskie wysypane mąką i przykrywamy ściereczką opruszoną mąką. Odstawiamy do wyrośnięcia na około 2.5 godziny (w oryginale1.5 ale wg. mnie to za krótko).
2) Albo smarujemy foremki lekko oliwą, opsypujemy mąką i przekładamy ciasto do foremek - wygładzić ciasto lekko wilgotnymi rękoma. Odstawiamy do wyrośnięcia na około 2.5 godziny.
****
Można też ciasta nie dzielić i upiec jeden duży bochen w garnku żeliwnym.
Formujemy jeden okrągły bochenek.
Zostawiamy do wyrośnięcia na lekko omączonym blacie i przykryty ściereczką opruszoną mąką na około 2.5 godziny.
****
W przypadku opcji 1 i 2: 
Nagrzać piekarnik do 250C.
Przełożyć bochenki złączeniem w dół na blachę wyłożoną papierem do pieczenia / albo włożyć foremki do nagrzanego piekarnika.
Piec przez 5 minut. 
Zmniejszyć temperaturę do 210 i piec kolejne 25 minut.
Chleb jest upieczony jeśli postukany od dołu wydaje głuchy odgłos.
Wyłaczyć piekarnik i zostawić chleb w piekarniku na kolejne 10 minut.
Studzić na kratce.
****
Jeśli pieczemy w garnku żeliwnym to wyrośnięty chleb przełożyć złączeniem w dół do garnka wyłożonego papierem do pieczenia. Przykryć przykrywką. Wstawić do zimnego piekarnika.
Nagrzać piekarnik do 250C.
Piec 5 minut w 250C.
Zmniejszyć temperaturę do 210 i piec kolejne 25 minut.
Ściągnąć pokrywkę od garnka i dopiekać 10 minut.
Wyłaczyć piekarnik i zostawić chleb w piekarniku na kolejne 10 minut.
Studzić na kratce.
Smacznego!
****

Uwagi:
* Im mąka chlebowa będzie miałam wyższy gluten tym lepiej ciasto będzie wyrastać.
* Ciasto po wyrobieniu i składaniu dwa razy ładnie zachowuje kształt. Na ostateczne wyrastanie, przed włożeniem do garnka, zostawiłam ciasto na blacie opruszonym mąką.
* Jeśli nie zjemy chleba przez kolejne 3 dni to można trzymać chleb w szczelnie zamkniętym worku foliowym w lodówce albo go zamrozić.
* Można oczywiście wyrabiać ciasto ręcznie - wtedy radzę wyrabiać w dużej misce i często zanurzać ręce w odrobinie oliwy co ułatwi pracę z tym lepiącym się ciastem.

14 gru 2011























A ja jestem coraz bardziej ciekawa gdzie My dolecimy za kilka miesięcy!?

***
Miłego dnia!

9 gru 2011

Musi być wygodnie i w "moim" stylu, któremu nie umiem przypiąć jednej modowej metki.
Trendy są ok jeśli wpasują się w dwa powyższe warunki:)
W ostatnich latach garderoba raczej się kurczy a nie powiększa.
Ale Gwiazdor z Polski na pewno zostawi coś pod choinką...albo pod gałązką;)
Najbardziej uwiera mnie tutaj brak estetyki.
Osoby, które w spodniach od pidżamy i kapciach idą na przykład do sklepu.
Albo spacerują tak ubrani po ulicach.
Brakuje mi tutaj głębszych doznań estetycznych.
Inspiracji "ulicznej". Zachwytu!
Nad sukienką, płaszczem, butami, dodatkiem...
A ja lubię obserwować ciekawych (wg. mnie) ludzi!
W większych miastach jest pewnie inaczej.
ulubiony błyszczyk i korale.
nadal w klimacie Świąt bo zdj. jest z zeszłorocznych Świąt:)

***
Miłego Dnia dla Was!! 
Już (prawie) piątek!!!

27 lis 2011

Sobota.

Przyjemne chwile nie zawsze nas zaskoczą i odwiedzą  niespodziewanie.
Oczekiwanie na coś...też często nie ma sensu. Trzeba działać. Tworzyć swoją codzienność. Dbać o te wspomnienia, które się jeszcze nie wydarzyły.
Czasem o tym zapominam i dni mijają mi szybko, za szybko, sprawiając wrażenie jakby ich nie było. Podobne do siebie zlewają się w jedną niekształtną masę i ciężko jest wyodrębnić jakiekolwiek małe przyjemności, chwile warte zapamiętania.
W sobotę było inaczej. Bo po tym ostatnim tygodniu, w którym z naszego "biurkowego" pokoju wychodziliśmy z Doktorantem za rzadko.
Po długich godzinach przed ekranem monitora, zmiana była konieczna.
Rano drobne kosmetyczne zabiegi i dużo nicnierobienia.
Od kilku miesięcy robię domowe peelingi.
W zależności od ochoty i nastroju dobieram składniki tak, żeby głównie zapach mi odpowiadał, bo struktura to peelingowa. Wiadomo, ma ścierać;) W sobotę pachniało waniliowo.
Przyjemność ze spaceru nowymi ścieżkami do sklepu  i uciecha z ładnej pogody i porzucenia samochodu na rzecz własnych nóg - tak bardzo nie "po amerykańsku" ;) Wziełam plecak i w drogę. Jak za dawnych - jeszcze nie tak dawnych;) -czasów studenckich w Niemczech.
Pyszna i sycąca sałatka na kolację. Przegryzana równie pyszną kajzerką (przepis na kajzerki u Moniki).
W trakcie kolacji film z Doktorantem. "The Debt".
Korzenne ciasteczka pieczone późnym wieczorem (przepis u Inki). Ten zaaapach...korzenne przyprawy na pewno nie znudzą mi się w te jesienno-zimowe wieczory.
A czekanie na upieczenie się ciasteczek umilałam sobie grzańcem, muzyką i fragmentami z filmu "A Single Man".
Uwielbiam ten film i tą ścieżkę dźwiękową.

Peeling. Cukrowo-otrębowy z aromatem waniliowym.








23 lis 2011

W momentach wzruszenia, tego radosnego, które wypełnia mnie ciepłem szczęścia...brak mi zazwyczaj słów. Dlatego za Wasze bardzo miłe, poruszające i ciepłe słowa w postaci życzeń umiem jedynie bardzo serdecznie podziękować!
BARDZO DZIĘKUJĘ!
To były dziwne urodziny...
Przeplatane smutkiem, radością, poczuciem spokoju i na końcu wdzięcznością.
Gama emocji, których się nie spodziewałam.
Ale czy emocje można zaplanować?!
Bardzo dużo miłych słów. Niespodziewanych wiadomości od osób, z którymi nie rozmawiałam przez bardzo długie miesiące a które pamiętały i które były, i sądzę, że nadal są, mi bardzo bliskie.
Jedna bardzo zaskakująca i niespodziewana wiadomość meilowa. Słowa od Niezwykłej Osoby. Tyle ciepła i mądrych, ciekawych i pięknych słów...Dziękuję I. ! :)
W pewnym momencie należy odłożyć na półkę oczekiwania i cieszyć się tym co nas otacza.
Tak zrobiłam po poranku, który nie był do końca jak zaplanowałam.
Później było już tylko lepiej...



























***
Jeszcze raz DZIĘKUJĘ Wam Dziewczyny za tak wiele serdeczności :)

22 lis 2011

22.11

Dwudzieste dziewiąte.
Dzisiaj są moje urodziny.
Miały być tutaj zupełnie inne słowa.
Jendak po wczorajszym bardzo ważnym poście u Ewy nie daje mi spokoju myśl, że jest tak wiele Kobiet, które nie dają sobie szansy na kolejne urodzinowe życzenia.
Może na kolejne okrągłe urodziny?
Na te za cztery czy dziewięć lat?
Dajcie sobie szansę!
Badajcie się. Róbcie cytologię.
Dzisiaj sobię życzę, żeby tych dających sobie szansę było więcej.
Tak jak napisałam u Ewy. Przecież tu chodzi o nasze zdrowie i życie.
A to nie są tematy tabu.
To nie są tematy, które powinny być owinięte w kolejny zwój wymówek.
To nie są tematy, których powinnyśmy się wstydzić.
Od kilkunastu lat badam się przynajmniej raz na rok.

Mam nadzieję, że TY też!

Dzisiaj, jako drobny, wirtualny prezent na moje urodziny zatrzymajcie się na chwilę i poczytajcie o Polskiej Koalicji na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy.
Wesprzyjcie Ich swoim podpisem.
Jestem pewna, że podpisy Panów wspierających zdrowie swoich Pań też są mile widziane:)

***
I niech to będzie kolejny urodzinowy rok, który spędzę spełniając marzenia, o którym być może nawet jeszcze nie wiem, że je mam.
No i śpiewałam już sobie "Happy Birthday to Me" i "Sto lat".
Mimo, że u nas "dzisiaj" to jeszcze 21.11...ale świętuję według czasu na dwóch kontynentach.
W końcu świętowania nigdy za wiele :)
I Doktorant się dołączył. I śpiewaliśmy sobie w chórku:)
On głównie ze swoją wersją "sto lat", która rozśmieszyła mnie do łez:):)

17 lis 2011

Siedzę na mało wygodnym krześle, właściwie to na pseudo fotelu "biurowym" z poduszką pod plecami, żeby im trochę ulżyć a właściwie to mi, bo bolą.
Wiatr przeraźliwie hula za oknem i zdecydowanym głosem zapowiada zmianę pogody.
A ja się zastanawiam co by tutaj napisać, żeby nie wyszło z tego jedno wielkie bajoro marudzenia przeplatane z szaroburym, topniejącym śniegiem.
Marudzę, cicho, do siebie. Na pogodę głównie. I na ciemności po 16:30.
Dlatego rzadko piszę bo nie lubię marudzić na coś na co nie mam wpływu a co, przynajmniej tak mi się wydaje, zawładnęło na jakiś czas moją codziennością.
Nie lubię siebie takiej i nie lubię takich dni.
Za to mój Doktorant bez względu na ogrom stresu i pracy zawsze ma tak żartobliwe spojrzenie na naszą codzienność, że bez naszych uśmiechów i wybuchów śmiechu nie wyobrażam sobie naszego dnia.
I chwała mu za to! :)
Dzisiaj rano zamiast zwyczajnego dzień dobry Doktorant powiedział  "together we're stronger" (razem jesteśmy silniejsi).
I jak tu się nie uśmiechnąć:)
Uśmiechu Wam życzę na dzisiaj i na kolejne dni.
Bez względu na....
***







22 paź 2011

Bardzo nieposkładane myśli wirują w mojej głowie od kilku dni. Prawie jak liście na wietrze. Z tą różnicą, że u nas wiatru w ostatnim czasie jest mało i dzięki Panu, który zajmuje się sprzątaniem terenu na naszym osiedlu i ostatnio o nich zapomniał, liście zdąrzyły ułożyć się w dywan w prawdziwie jesiennych odcieniach. Mam takie upodobanie, że szuram butami w liściach. I nie inaczej było tym razem.  Zapewne sąsiedzi już się przyzwyczaili do moich dziwnych zachowań:)

Mija rok odkąd ostatni raz pakowałam się w podróż (dłłuuugą podróż) do Polski.
Z trudem zostawiłam Doktoranta na prawie trzy miesiące. Nie lubię się z nim rozstawać.
Chociaż aktualnie gdzieś tam kołaczą się myśli, że mógłby wyjść na uczelnie na kilka godzin, żebym mogła za nim zatęsknić ;)
Ale dłuższe podróże są niełatwe. Słodko-gorzkie doświadczenie. Dużo emocji. Radość z pobytu z Rodziną (i ukochanym rodzinnym Psiakiem). Smutek, że Doktorant tak daleko i nie popija razem z nami domowej naleweczki próbując wymawiać polskie słówka:)

Ta cała "emigracja" daje się niekiedy we znaki. Traci się niektórych przyjaciół, znajomych. Rodzinę widzi się rzadko. Za rzadko. I mimo, że ma swoje walory i zazwyczaj pozytywne strony triumfują w ogólnym zarysie...to jednak strat też jest wiele. Wiele wspólnych chwil z ważnymi Osobami, których nie można nadrobić. Nie wiem czy uda mi się kiedykolwiek znaleźć złoty środek.

Szklaneczka martini. Czekolada.
I gdzieś tam w kącie ukryty smutek, który wpisany jest przecież w życie.




9 paź 2011

Nie mogę przestać o tym myśleć co będzie. Bo to nie tak miało być. Ze mną. Chcę mieć plan dla siebie. I kiedyś miałam. Teraz już nie mam. Bo jak planować w kraju, w którym zapłaciłam za studia ale już pozowolenie na pracę mi się nie należy. Często myśle o tym co będzie jeśli zostaniemy tutaj. I wiem, że ani dzisiaj, ani jutro nic nie wymyślę.
Już od dłuższego czasu zastanawiałam się jak coś zmienić, żebym chociaż na teraz, na jutro miała poczucie spełniania większego niż tylko udany obiad. Wytyczenie celu i dążenie do niego bez względu na wszystko. Pewnego niedzielnego wieczoru przeczytałam jeden artykuł. Później kolejny. Na czytaniu spędziłam kilka wieczornych godzin. Spisałam plan treningu, który wydawał mi się najbardziej sensowny.
W nocy sniło mi się, że biegam. W poniedziałek popołudniu pojechałam z Doktorantem do sklepu sportowego i kupiłam buty do biegania. We wtorek zaczęłam biegać. I tak dzisiaj kończę piąty tydzień biegania. Plan mam na kolejne 13 tygodni.
Biegam z planem, który motywuje mnie do każdego wyjścia do parku. Biegam po parkach, po których biegali pekursorzy joggingu. Wcześniej mysłałam, że bieganie jest nudne. Teraz już wiem, że najgorzej jest wyjść i zacząć biegać ot tak, bez planu. Teraz mam cel i satysfakcję z każdej przebiegniętej minuty. Sekunda po sekundzie odmierza czas mój no-name sportowy zegarek. Taki bieg rozbudza całą gamę emocji. Wewnętrzne monologi z samą sobą mogą być naprawdę oczyszczające i...zabawne. Bieg pod wiatr. Proszę bardzo. Jest ciężko ale mam cel. I wiem, że jak dobiegnę to będzie wielka euforia. Nikt na mecie nie czeka na mnie z medalem ale sama go sobie wręczam poprzez poczucie spełnienia, które towarzyszy mi nawet w te niebiegające dni.
***
Zawsze do nowych pomysłów i projektów podchodzę w sposób akademicki :)
I tym razem nie było inaczej.
Przekrój literatury na temat biegania, diety biegaczy, strategii, motywacji...
Po mału ucze się, że biega się nie tylko nogami ale przede wszystkim głową.



























***
Biegacie?:)

***
Miłego tygodnia dla Was...może biegającego?:)

29 wrz 2011

Lato, jesień, zima, wiosna...
Wiosna, lato, jesień, zima...
Zima, wiosna, lato, jesień... No tak. Po lecie zawsze jest jesień (zazwyczaj...bo w Teksasie jesieni nie ma;)). Czyli nic nowego nie odkryliśmy. Kolejna pora roku. Nie po drodze mi do przejmująco-nostalgiczno-wyniosłych zobrazowań tej pory roku. Jesień dzisiaj kojarzy mi się...z wolniej rosnącym chlebem bo w kuchni jest zimniej i z koniecznością wyszukiwania skarpetek, niekoniecznie do pary....i z popołudniowym bólem głowy od dwóch dni.








































Jabłka z sadu od rolnika. Drzewko nieznanego pochodzenia/nazwy. Jabłka pyszne. Połączone z puree z dynii. Trochę orzechów i cynamon. Kolejna dawka jesiennych smaków.




























Chlebek dyniowo-jabłkowy z orzechami

(oryginał stąd z moimi zmianami)


1 szklanka (240ml) mąki orkiszowej (albo zwykłej)
3/4 szklanki mąki pełnoziarnistej
2/3 szklanki brązowego cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1  łyżka siemienia lnianego (zapomniałam ale następnym razem dodam)
szczypta świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
*****************
Mieszamy wyżej wymienione suche składniki.

*****************
2 jajka
2/3 szklanki maślanki
1/3 szklanki roztopionego masła
1 szklanka puree z dyni (albo startych jabłek)
1 łyżeczka esencji waniliowej
*****************
W odzielnej misce mieszamy ww. mokre składniki.

*****************

3/4 szklanki posiekanych orzechów włoskich
1 jabłko obrane i pokrojone w małą kostkę
brązowy cukier i cynamon do posypania

Nagrzewamy piekarnik do 180C.
Do suchych składników dodajemy mokre składniki i mieszamy łyżką. Dodajemy 1/2 szklanki posiekanych orzechów i pokrojone w kostkę jabłko. Do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia albo wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką wlewamy ciasto. Wierzch posypujemy 1/4 szklanki orzechów i  cukrem wymieszanym z 1/2 łyżeczki cynamonu (cukru około 2 łyżeczek).
Pieczemy 40-50 minut.
Smacznego!
***
Miłego dnia dla Wszystkich! :)

25 wrz 2011

Czasem ciężko jest mi się podnieść rano z łóżka jeśli po śniadaniu czeka na mnie kolejny, cały wolny dzień.
Bez planów, bez obowiązków i ...w pewnym sensie bez celu.
Bo są takie dni, że nawet upieczenie chleba jest jedynie koniecznością a nie przyjemnością.
Wtedy niezaplanowana rozmowa z tymi Najbliższymi sercu wypełnia każdą moją komórkę radością.
Taką "czystą" radością.
Nie jest to radość z posiadania nowej pary butów (chociaż i ta radość była podzielana z kimś, kto ma piękną nową parę butów:)). 
Ale radość i szczęście, że ma się te Osoby tak blisko.
Że ma się ich wsparcie zawsze, bez względu na okoliczności.
Wymiana zdań (może być nawet o szybkowarze;)) i dzień, który nie zaczął sie w żaden spektakularny sposób.
Dzień, który miał być podobny do tych poprzednich nabrał zupełnie innego wymiaru i sensu.
I za każdym razem jak o Nich myślę to towarzyszy mi to samo uczucie wdzięczności, że Ich mam.



***
Bo Madzia napisała, że jest pyszne. Bo już dawno miałam ochotę na brownie. Bo jest weekend i coś do kawy się należy ;)
Zatem brownie z dodatkiem buraków.
Wyszczuplone przeze mnie bo 250g masła i 250g cukru w przepisie to nie dla mnie :)


























Brownie (z burakami)
(inspiracja od Madzi a przepis oryginału stąd.
Prezentowany tutaj przepis to moja wariacja na temat oryginalnego:) Mimo, że wyszczuplone, wyszło pyszne!)

70g masła (oryginał: 250g)
30g oleju (oryginał: brak)
3 jajka
224g czekolady 70% (oryginał: 250g)
230g ugotowanych, obranych i startych na tarce buraków (na małych oczkach tarki) (oryginał: 250g)
95g fruktozy (oryginał: 250g cukru)
125g mąki pełnoziarnistej do wypieków ciast (oryginał: 150g self-raising flour)
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli morskiej

Blaszkę/szklane naczynie o rozmiarach 20X25cm (moja jest 16X25) wysmarować tłuszczem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Piekarnik nagrzać do 180C.
Czekoladę i masło rozpuścić w kąpieli wodnej
(w szklanej misce wymieszać połamaną na kawałki czekoladę z masłem. Miskę ulożyć na garnku w którym gotuje się trochę wody i mieszać aż do rozpuszczenia się czekolady. Woda nie może dotykać dna miski. Można też roztopić czekoladę z masłem w żaroodpornym naczyniu w rozgrzewającym się piekarniku mieszając od czasu do czasu).
W misce od miskera wymieszać cukier i olej. Dodawać po jednym jajku i mieszać aż do połączenia.
Wlać rozpuszczoną czekoladę i miksować aż do połączenia się składników.
Przesianą mąkę z solą i proszkiem do pieczenia doajemy do masy czekoladowej i delikatnie mieszamy silikonową szpatułką.
Dodajemy starte buraki i mieszkamy krótko do połączenia się składników.
Pieczemy w nagrzanym piekarniku przez 25 minut.
Smacznego!






































***
Miłego Dnia!

14 wrz 2011

Nie mogę się doczekać. Chciałabym już zacząć się pakować. Krzątanina na początku której mam wrażenie, że chaos, który zawładnął mieszkaniem nie ma szans na uporządzkowanie.
Posklejane na nowo kartony. Wyrzucanie tego co nieprzydatne, rozdawanie reszty potrzebującym studentom.
Selekcja przy pakowaniu i to uczucie lekkości na koniec. Lekkość bo coś się skończyło i radość przed tym nowym. Pamiętam te uczucia towarzyszące przeprowadzkom i ekscytacją nowym miejscem.
Chciałabym już mieć bilet w ręku i pierwszy raz od ponad trzech lat mieć Doktoranta koło siebie w samolocie. Nie lubię latać. A jeszcze bardziej od samotnego latania nie lubię latać bez Niego.
Nadejście każdego nowego dnia cieszy mnie bardzo. Jeden dzień bliżej do wymarzonego celu.
Sprzeczność w cieszeniu się codziennością. Ciesznie się chwilą ale i tymi mijającymi.
Dni wypełniam bardziej i częściej przez co mijają mi szybciej, lepiej i z większą satysfakcją.
Tutaj mnie mniej, przy komputerze mnie mniej i aparat trochę się kurzy :)
Dobrze mi z tym. Nawet bardzo!

***
Dynia Time! W kuchni też realizuję małe plany. W zeszłym roku po raz pierwszy zaczęłam gotować i piec z dynią i różnymi odmianami kabaczka. Chyba nawet u nas lato po mału pakuje swoje słoneczne walizki. Są już piękne dynie i w środku tygodnia, na pierwszy jesienny, chłodny wieczór z kubkiem herbaty kawałek chlebka dyniowego z kandyzowanym imbirem i jesiennymi przyprawami.


























Chlebek dyniowy (z kandyzowanym imbirem)
(inspiracja do tego przepisu z tej strony)

130g mąki orkiszowej (albo zwykłej)
70g mąki pełnoziarnistej
90g fruktozy (albo około 130-150g cukru, w oryginale 200g cukru)
1 łyżeczka sody
1 szklanka (240ml) puree z dyni* 
1/3 szklanki oliwy z oliwek
2 jajka, delikatnie roztrzepane
1/4 szklanki wody
szczypta gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta ziela angielskiego
1/2 szklanki pokrojonych orzechów włoskich
1/4 szklanki drobno pokrojonego imbiru kandyzowanego

* U mnie z jednej małej dyni i jednego małego kabaczka wyszło 2 szklanki puree. Jedna szklanka poszla do flanu z dyni z serem gorgonzola a druga szklanka na chlebek:) 
Dynie (kabaczka) pokroić na ćwiartki. Wyczyścić z pestek i ulożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i spryskanej oliwą skórą do góry. Piec około 30-45 minut w 180C do miękkośći.
Wystudzić. Obrać ze skórki i zmiksować w blenderze na puree. 

Nagrzać piekarnik do 180C. Przesiać razem mąkę, sól, cukier i sodę.
Wymieszać w misce puree z dyni, olej, jajka, wodę i przyprawy. 
Wymieszać mokre składniki z suchymi.
Dodać imbir i orzechy i wymieszać.
Wlać ciasto do lekko naoliwionej i wysypanej mąką keksówki.
Piec około 50-60 minut.
Wystudzić na kratce i zjadać ze smakiem popijając ulubioną herbatą:)
Smacznego!





































***
Miłego Dnia!