Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
26 lut 2012
13 gru 2011
| wczorajszy księżyc. jestem jednak pewna, że ten dzisiejszy to ten sam;) |
Dźwięk i literki.
Dźwięk i obraz.
Wczoraj zasnełam z muzyką i ze łzami w oczach. Z muzyką z literek.
Skończyłam książkę Lindy Olsson "Sonata dla Miriam". Wrócę do niej na pewno.
Chciałabym odsłuchać fragmenty muzyki towarzyszące bohaterom w ich dialogach...i milczeniu.
Dzisiaj jeden z Trzech Kolorów, "Niebieski". Nie wiem dlaczego dopiero teraz.
Widocznie tak miało być - prawda Aniu?:)
Wrażliwy racjonalista, który o swoich filmach mówi "opowiadam historyjki"?!
Nie wiem. I chyba wolę nie myśleć o Jego pracy w kategoriach rzemiosła ale jednak sztuki.
***
Dobranoc!
I Dzień Dobry!
29 lis 2011
Od godziny kręcę się po mieszkaniu. Coś nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Jedno jest pewne, to miejsce nie jest przy zlewie, w którym piętrzą się naczynia...
Może Doktorant je zauważy;)
Chcę iść biegać. Ale nie czuję się najlepiej...czekam aż przejdzie.
Bo przejdzie na pewno:) Byle jeszcze dzisiaj bo nie lubię nie pobiec wtedy kiedy mam pobiec:)
Czytaliście "Sonata for Miriam" Lindy Olsson?
Po pierwszym zdaniu wiedziałam, że to książką na teraz. Dla mnie.
"Now I am here, in Kraków, where my life began. I stand on my small balcony looking over the Vistula, ready for my morning walk".
(teraz jestem w Krakowie, gdzie zaczęło się moje życie. Stoję na moim małym balkonie patrząc na Wislę, gootowy na mój poranny spacer)
Spacer po Krakowie...marzenie!
***
Miłego dnia!
Jedno jest pewne, to miejsce nie jest przy zlewie, w którym piętrzą się naczynia...
Może Doktorant je zauważy;)
Chcę iść biegać. Ale nie czuję się najlepiej...czekam aż przejdzie.
Bo przejdzie na pewno:) Byle jeszcze dzisiaj bo nie lubię nie pobiec wtedy kiedy mam pobiec:)
Czytaliście "Sonata for Miriam" Lindy Olsson?
Po pierwszym zdaniu wiedziałam, że to książką na teraz. Dla mnie.
"Now I am here, in Kraków, where my life began. I stand on my small balcony looking over the Vistula, ready for my morning walk".
(teraz jestem w Krakowie, gdzie zaczęło się moje życie. Stoję na moim małym balkonie patrząc na Wislę, gootowy na mój poranny spacer)
Spacer po Krakowie...marzenie!
***
Miłego dnia!
Etykiety:
Codzienność,
Ja,
Książki
21 paź 2011
W tym tygodniu lubię...
Kapustę czerwoną na ciepło. Od dawna robię ja według przepisu Patrycji z Truflowego bloga.
Mój elastyczny czas "pracy" ;)
Dzisiaj zamiast biegać robiłam "Hot Pockets" :)
Strudle na słono. Z nadzieniem grzybowo-szpinakowo-fetowym i z pieczonymi kawałkami bakłażana z papryką.
Przepis na cudownie elastyczne i pyszne ciasto od Komarki.
Pobiegać pójdę jutro.
Jeszcze tylko miesiąc do moich pierwszych mini-mini-zawodów:)
Mój przepiśnik, który zdecydowanie za wolno zapełnia się przepisami.
I nie, nie jest by moleskine;)
Może kolejny będzie...
Grzyby. Zawsze i do wszystkiego. W tym tygodniu były już w makaronie i dzisiaj w "hot pockets".
"Brzydkie" jabłka.
Codziennie jedno. Wieczorem. Koniecznie pokrojone.
Do czego to doszło, że zachwycam się jabłkami w łatki wiedząc, że te na pewno nie były "ulepszane".

A poza tym w tym tygodniu lubię też Elif Shafak "The forty rules of love" i J.C. Oates "Widow's story. A memoir.".
A nie zachwyciłam się książką "The kitchen daugther" J. McHenry.
I jeszcze na koniec tygodnia lubię Stacey...dosłodzenie i ocieplenie jazzowe w coraz zimniejsze, jesienne wieczory.
***
A Wy co polubiliście w tym tygodniu?
***
Miłego weekendu i udanego kolejnego tygodnia!
Mój elastyczny czas "pracy" ;)
Dzisiaj zamiast biegać robiłam "Hot Pockets" :)
Strudle na słono. Z nadzieniem grzybowo-szpinakowo-fetowym i z pieczonymi kawałkami bakłażana z papryką.
Przepis na cudownie elastyczne i pyszne ciasto od Komarki.
Pobiegać pójdę jutro.
Jeszcze tylko miesiąc do moich pierwszych mini-mini-zawodów:)
Mój przepiśnik, który zdecydowanie za wolno zapełnia się przepisami.
I nie, nie jest by moleskine;)
Może kolejny będzie...
Grzyby. Zawsze i do wszystkiego. W tym tygodniu były już w makaronie i dzisiaj w "hot pockets".
"Brzydkie" jabłka.
Codziennie jedno. Wieczorem. Koniecznie pokrojone.
Do czego to doszło, że zachwycam się jabłkami w łatki wiedząc, że te na pewno nie były "ulepszane".
A poza tym w tym tygodniu lubię też Elif Shafak "The forty rules of love" i J.C. Oates "Widow's story. A memoir.".
A nie zachwyciłam się książką "The kitchen daugther" J. McHenry.
I jeszcze na koniec tygodnia lubię Stacey...dosłodzenie i ocieplenie jazzowe w coraz zimniejsze, jesienne wieczory.
***
A Wy co polubiliście w tym tygodniu?
***
Miłego weekendu i udanego kolejnego tygodnia!
Etykiety:
Codzienność,
Książki,
Kulinarnie,
Piosenka
9 paź 2011
Nie mogę przestać o tym myśleć co będzie. Bo to nie tak miało być. Ze mną. Chcę mieć plan dla siebie. I kiedyś miałam. Teraz już nie mam. Bo jak planować w kraju, w którym zapłaciłam za studia ale już pozowolenie na pracę mi się nie należy. Często myśle o tym co będzie jeśli zostaniemy tutaj. I wiem, że ani dzisiaj, ani jutro nic nie wymyślę.
Już od dłuższego czasu zastanawiałam się jak coś zmienić, żebym chociaż na teraz, na jutro miała poczucie spełniania większego niż tylko udany obiad. Wytyczenie celu i dążenie do niego bez względu na wszystko. Pewnego niedzielnego wieczoru przeczytałam jeden artykuł. Później kolejny. Na czytaniu spędziłam kilka wieczornych godzin. Spisałam plan treningu, który wydawał mi się najbardziej sensowny.
W nocy sniło mi się, że biegam. W poniedziałek popołudniu pojechałam z Doktorantem do sklepu sportowego i kupiłam buty do biegania. We wtorek zaczęłam biegać. I tak dzisiaj kończę piąty tydzień biegania. Plan mam na kolejne 13 tygodni.
Biegam z planem, który motywuje mnie do każdego wyjścia do parku. Biegam po parkach, po których biegali pekursorzy joggingu. Wcześniej mysłałam, że bieganie jest nudne. Teraz już wiem, że najgorzej jest wyjść i zacząć biegać ot tak, bez planu. Teraz mam cel i satysfakcję z każdej przebiegniętej minuty. Sekunda po sekundzie odmierza czas mój no-name sportowy zegarek. Taki bieg rozbudza całą gamę emocji. Wewnętrzne monologi z samą sobą mogą być naprawdę oczyszczające i...zabawne. Bieg pod wiatr. Proszę bardzo. Jest ciężko ale mam cel. I wiem, że jak dobiegnę to będzie wielka euforia. Nikt na mecie nie czeka na mnie z medalem ale sama go sobie wręczam poprzez poczucie spełnienia, które towarzyszy mi nawet w te niebiegające dni.
***
Zawsze do nowych pomysłów i projektów podchodzę w sposób akademicki :)
I tym razem nie było inaczej.
Przekrój literatury na temat biegania, diety biegaczy, strategii, motywacji...
Po mału ucze się, że biega się nie tylko nogami ale przede wszystkim głową.
***
Biegacie?:)
***
Miłego tygodnia dla Was...może biegającego?:)
Już od dłuższego czasu zastanawiałam się jak coś zmienić, żebym chociaż na teraz, na jutro miała poczucie spełniania większego niż tylko udany obiad. Wytyczenie celu i dążenie do niego bez względu na wszystko. Pewnego niedzielnego wieczoru przeczytałam jeden artykuł. Później kolejny. Na czytaniu spędziłam kilka wieczornych godzin. Spisałam plan treningu, który wydawał mi się najbardziej sensowny.
W nocy sniło mi się, że biegam. W poniedziałek popołudniu pojechałam z Doktorantem do sklepu sportowego i kupiłam buty do biegania. We wtorek zaczęłam biegać. I tak dzisiaj kończę piąty tydzień biegania. Plan mam na kolejne 13 tygodni.
Biegam z planem, który motywuje mnie do każdego wyjścia do parku. Biegam po parkach, po których biegali pekursorzy joggingu. Wcześniej mysłałam, że bieganie jest nudne. Teraz już wiem, że najgorzej jest wyjść i zacząć biegać ot tak, bez planu. Teraz mam cel i satysfakcję z każdej przebiegniętej minuty. Sekunda po sekundzie odmierza czas mój no-name sportowy zegarek. Taki bieg rozbudza całą gamę emocji. Wewnętrzne monologi z samą sobą mogą być naprawdę oczyszczające i...zabawne. Bieg pod wiatr. Proszę bardzo. Jest ciężko ale mam cel. I wiem, że jak dobiegnę to będzie wielka euforia. Nikt na mecie nie czeka na mnie z medalem ale sama go sobie wręczam poprzez poczucie spełnienia, które towarzyszy mi nawet w te niebiegające dni.
***
Zawsze do nowych pomysłów i projektów podchodzę w sposób akademicki :)
I tym razem nie było inaczej.
Przekrój literatury na temat biegania, diety biegaczy, strategii, motywacji...
Po mału ucze się, że biega się nie tylko nogami ale przede wszystkim głową.
***
Biegacie?:)
***
Miłego tygodnia dla Was...może biegającego?:)
24 sie 2011
Upały. Jedynie na co mnie stać w tej pogodzie to ugotowanie świeżej fasolki, skropienie jej delikatnym sosem vinaigrette i podanie z upieczonymi ziemniakami, cukinią albo bakłażanem...do tego kieliszek schłodzonego wina, kawałeczek koziego serka i nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.
Także kulinarnie jest u nas jak najbardziej letnio i prosto :)
Lubię chłód wieczorów podczas których najczęściej siedzę przy otwartych drzwiach od tarasu czytając. Teraz na tapecie mam dwie książki. Poradnikowo się zrobiło w mojej małej czytelni ale obie książki są bardzo ciekawe i wg. mnie warte uwagi.
1) "Antyrak. Nowy styl życia" David Servan-Schreiber - bardzo ciekawa książka, która na podstawie różnych badań naukowych pokazuje nam jak możemy zmienić swój styl życia, żeby zminimalizować ryzyko wystąpienia raka i być zdrowszym.
2) "Porozumienie bez przemocy. O języku serca" Marshall Rosenberg - jakie błędy najczęściej popełniamy przy komunikacji i jak usprawnić komunikację z innymi osobami, żeby było mniej nieporozumień.
Obie polecam!
***
Doktorant jest zachwycony za każdym razem jak widzi pająka sprawnie tkającego pajęczynę. Żmudna ale jakże dokładna praca. Według Doktoranta najlepsi krawcowie na świecie:)
Także kulinarnie jest u nas jak najbardziej letnio i prosto :)
Lubię chłód wieczorów podczas których najczęściej siedzę przy otwartych drzwiach od tarasu czytając. Teraz na tapecie mam dwie książki. Poradnikowo się zrobiło w mojej małej czytelni ale obie książki są bardzo ciekawe i wg. mnie warte uwagi.
1) "Antyrak. Nowy styl życia" David Servan-Schreiber - bardzo ciekawa książka, która na podstawie różnych badań naukowych pokazuje nam jak możemy zmienić swój styl życia, żeby zminimalizować ryzyko wystąpienia raka i być zdrowszym.
2) "Porozumienie bez przemocy. O języku serca" Marshall Rosenberg - jakie błędy najczęściej popełniamy przy komunikacji i jak usprawnić komunikację z innymi osobami, żeby było mniej nieporozumień.
Obie polecam!
***
Doktorant jest zachwycony za każdym razem jak widzi pająka sprawnie tkającego pajęczynę. Żmudna ale jakże dokładna praca. Według Doktoranta najlepsi krawcowie na świecie:)
***
Miłego dnia:)
Etykiety:
Codzienność,
Książki,
Lato
5 lip 2011
Książka. "A Homemade Life: Stories and Recipes from My Kitchen Table" Molly Wizenberg
Lubię jeść. Jedzenie nie jest dla mnie jedynie paliwem potrzebnym do prawidłowego funkcjonowania. Jedzenie jest dla mnie przyjemnością. Historia rodzinna głosi, że urodziłam się duża, gruba, pryszczata a pierwszą butelkę mleka wypiłam z prędkością światła i w ilości dwa razy większej niż mój brat urodzony rok wcześniej. Ja tam im tak do końca nie wierzę, nie mają dowodów :)
Długo poruszłam się po omacku po świecie kulinarnym. Na rodzinnych filmach bardzo często jestem w okolicach kuchni, przyglądam się jak mama lepi pierogi. Po latach stoję już obok rodziców i im pomagam. Pierwsze ciasto, które upiekłam z pamięci to murzynek. Pamiętam, że sama robiłam też naleśniki i placki z jabłkami. A zeszyt z przepisami przepisanymi przeze mnie przed wieloma laty jest nadal w użyciu.
Wydaje mi się, że podświadomie zawsze wiedziałam, że kulinaria i wszystko co z jedzeniem jest związane, będą pełniły ważną rolę w moim życiu. Razem z E. nadszedł czas, w którym zdałam sobie w końcu świadomie sprawę, że jedzenie i gotowanie były i są ważną częścią mnie i mojego życia. I, że rozmowy o jedzeniu mogą być równie ciekawe (a dla nas bardziej) jak te o filmach, książkach, muzyce...
Łączę miejsca i ludzi z potrawami. Od kiedy pamiętam jednym z ulubionych dań, które zawsze będzie mi się kojarzyć z moim Dziadkiem i które muszę sobię koniecznie zamówić przy okazji kolejnej wizyty u niego, jest pieczony boczek z tą boską galaretką, która tworzy się z tłuszczu wytopionego podczas pieczenia. Jak jestem w Polsce a mój kochany Tata ma akurat dzień wolnego, to często przyrządza najlepsze danie z wątróbki drobiowej pod słońcem! Nawet do zwykłej, wydawać by się mogło, czynności jak smażenie wątróbek podchodzi w sposób metodyczny. Nie staram się ich sama przyrządzać bo wiem, że nigdy mu nie dorównam a na "wątróbkowe" rozczarowanie nie jestem gotowa. Pierwsze amerykańskie domowe pancakes smażyłam razem z kolegą w Teksasie po imprezie urodzinowej przyjaciółki. O 4 nad ranem gdy już wszczyscy spali. Teraz, jak mieszam ciasto na te amerykanskie placuszki to wracam do tamtych wspomnień i naszych rozmów, które na szczęście trwają do dzisiaj i często są okołokulinarne. Arbuza, soczystego i słodkiego, wyjadałam łyżką siedząc na krawężniku, pod całym dniu pieszego i autostopowgo przemieszczania się, gdzieś w Turcji. Był to najwspanialszy smak arbuza i posiłek, którego nie przebiłoby danie nawet najbardziej znanego kucharza z "michelinowskiej" restauracji.
Po przeczytaniu książki Molly Witzenberg (autorki bloga Orangette), po raz kolejny uświadomiłam sobie, że dwa czynniki tworzą dla mnie miejsca godne wspomnień: ludzie, których spotkałam na swojej drodze i jedzenie, którego spróbowałam. A Molly oddała istotę gotowania i jedzenia w jednym zdaniu "In the simple acts of cooking and eating, we are creating and continuing the stories that are our lives" (w moim wolnym tłumaczniu "poprzez proste czynności gotowania i jedzenia, tworzymy i kontynuujemy historie, które są naszym życiem"). Książkę Molly przeczytałam na wdechu, w rekordowym tempie (łącznie z każdym składnikiem, który towarzyszył przepisom). Gdybym miała talent literacki to właśnie w takim formacie chciałabym spisać swoje doznania kulinarne i życiowe...a że talentu brak to ten blog jako zapis wspomnień musi wystarczyć:) Nie jest to książka stricte kulinarnia. Są to wspomnienia autorki połączone z ważnymi dla niej potrawami, które w danym momencie stanowiły nie tylko tło do jej przeżyć ale były również czynnikiem inicjującym pewne wydarzenia w jej życiu. Polecam tym co lubią, tak jak ja, jeść i czytać o jedzeniu :)
Długo poruszłam się po omacku po świecie kulinarnym. Na rodzinnych filmach bardzo często jestem w okolicach kuchni, przyglądam się jak mama lepi pierogi. Po latach stoję już obok rodziców i im pomagam. Pierwsze ciasto, które upiekłam z pamięci to murzynek. Pamiętam, że sama robiłam też naleśniki i placki z jabłkami. A zeszyt z przepisami przepisanymi przeze mnie przed wieloma laty jest nadal w użyciu.
Wydaje mi się, że podświadomie zawsze wiedziałam, że kulinaria i wszystko co z jedzeniem jest związane, będą pełniły ważną rolę w moim życiu. Razem z E. nadszedł czas, w którym zdałam sobie w końcu świadomie sprawę, że jedzenie i gotowanie były i są ważną częścią mnie i mojego życia. I, że rozmowy o jedzeniu mogą być równie ciekawe (a dla nas bardziej) jak te o filmach, książkach, muzyce...
Łączę miejsca i ludzi z potrawami. Od kiedy pamiętam jednym z ulubionych dań, które zawsze będzie mi się kojarzyć z moim Dziadkiem i które muszę sobię koniecznie zamówić przy okazji kolejnej wizyty u niego, jest pieczony boczek z tą boską galaretką, która tworzy się z tłuszczu wytopionego podczas pieczenia. Jak jestem w Polsce a mój kochany Tata ma akurat dzień wolnego, to często przyrządza najlepsze danie z wątróbki drobiowej pod słońcem! Nawet do zwykłej, wydawać by się mogło, czynności jak smażenie wątróbek podchodzi w sposób metodyczny. Nie staram się ich sama przyrządzać bo wiem, że nigdy mu nie dorównam a na "wątróbkowe" rozczarowanie nie jestem gotowa. Pierwsze amerykańskie domowe pancakes smażyłam razem z kolegą w Teksasie po imprezie urodzinowej przyjaciółki. O 4 nad ranem gdy już wszczyscy spali. Teraz, jak mieszam ciasto na te amerykanskie placuszki to wracam do tamtych wspomnień i naszych rozmów, które na szczęście trwają do dzisiaj i często są okołokulinarne. Arbuza, soczystego i słodkiego, wyjadałam łyżką siedząc na krawężniku, pod całym dniu pieszego i autostopowgo przemieszczania się, gdzieś w Turcji. Był to najwspanialszy smak arbuza i posiłek, którego nie przebiłoby danie nawet najbardziej znanego kucharza z "michelinowskiej" restauracji.
Po przeczytaniu książki Molly Witzenberg (autorki bloga Orangette), po raz kolejny uświadomiłam sobie, że dwa czynniki tworzą dla mnie miejsca godne wspomnień: ludzie, których spotkałam na swojej drodze i jedzenie, którego spróbowałam. A Molly oddała istotę gotowania i jedzenia w jednym zdaniu "In the simple acts of cooking and eating, we are creating and continuing the stories that are our lives" (w moim wolnym tłumaczniu "poprzez proste czynności gotowania i jedzenia, tworzymy i kontynuujemy historie, które są naszym życiem"). Książkę Molly przeczytałam na wdechu, w rekordowym tempie (łącznie z każdym składnikiem, który towarzyszył przepisom). Gdybym miała talent literacki to właśnie w takim formacie chciałabym spisać swoje doznania kulinarne i życiowe...a że talentu brak to ten blog jako zapis wspomnień musi wystarczyć:) Nie jest to książka stricte kulinarnia. Są to wspomnienia autorki połączone z ważnymi dla niej potrawami, które w danym momencie stanowiły nie tylko tło do jej przeżyć ale były również czynnikiem inicjującym pewne wydarzenia w jej życiu. Polecam tym co lubią, tak jak ja, jeść i czytać o jedzeniu :)
![]() |
| Jak już przepisałam większość interesujących mnie przepisów i cytatów z egzemplarza bibliotecznego zdecydowałam się na własną kopię i ku mojemu zdumieniu książka kosztowała mnie jedyne $6 na amazonie. |
Etykiety:
Książki,
Kulinarnie,
Myśli
16 cze 2011
Przepadłam. Wśród książek.
Ograniczenia przestrzenne (planuje wyprowadzić się stąd z 2 walizkami ;)),
bariera przed kupnem
bariera przed kupnem
niezliczonej ilośći książek w języku angielskim
(wolę czytać po polsku i mam plan kupienia tych tytułów co już mam po angielsku, także po polsku),
i tempo w jakim pochłaniam literki, które układają sie w wyrazy a te w zdania :)
(wolę czytać po polsku i mam plan kupienia tych tytułów co już mam po angielsku, także po polsku),
i tempo w jakim pochłaniam literki, które układają sie w wyrazy a te w zdania :)
wywiały mnie do bibloteki.
Biblioteka jak biblioteka. Budynek a w środku książki.
Filmy i muzyka.
Czyli raj na ziemi:)
"Zautomatyzowany" raj.
Siedzę sobie wieczorem pod kocem (tak, u nas wieczorem jest zimno!).
Popijam...wodę ;)
Wybieram książki z internetowego katalogu.
Naciskam "request".
Następnego dnia, czasem po dwóch dniach, czekają już na mnie.
Czasem szperam między półkami "staroświeckim" zwyczajem :)
Wypożycznie również samoobsługowe - co bardzo przypadło do gustu mojemu E.
Chłopak minął się z powołaniem. Powienien zostać kasjerem ;)
No i ten cudowny brak limitu na książki :)
***
Miłego weekendu!:)
Etykiety:
Codzienność,
Książki
Subskrybuj:
Posty (Atom)



