Długo poruszłam się po omacku po świecie kulinarnym. Na rodzinnych filmach bardzo często jestem w okolicach kuchni, przyglądam się jak mama lepi pierogi. Po latach stoję już obok rodziców i im pomagam. Pierwsze ciasto, które upiekłam z pamięci to murzynek. Pamiętam, że sama robiłam też naleśniki i placki z jabłkami. A zeszyt z przepisami przepisanymi przeze mnie przed wieloma laty jest nadal w użyciu.
Wydaje mi się, że podświadomie zawsze wiedziałam, że kulinaria i wszystko co z jedzeniem jest związane, będą pełniły ważną rolę w moim życiu. Razem z E. nadszedł czas, w którym zdałam sobie w końcu świadomie sprawę, że jedzenie i gotowanie były i są ważną częścią mnie i mojego życia. I, że rozmowy o jedzeniu mogą być równie ciekawe (a dla nas bardziej) jak te o filmach, książkach, muzyce...
Łączę miejsca i ludzi z potrawami. Od kiedy pamiętam jednym z ulubionych dań, które zawsze będzie mi się kojarzyć z moim Dziadkiem i które muszę sobię koniecznie zamówić przy okazji kolejnej wizyty u niego, jest pieczony boczek z tą boską galaretką, która tworzy się z tłuszczu wytopionego podczas pieczenia. Jak jestem w Polsce a mój kochany Tata ma akurat dzień wolnego, to często przyrządza najlepsze danie z wątróbki drobiowej pod słońcem! Nawet do zwykłej, wydawać by się mogło, czynności jak smażenie wątróbek podchodzi w sposób metodyczny. Nie staram się ich sama przyrządzać bo wiem, że nigdy mu nie dorównam a na "wątróbkowe" rozczarowanie nie jestem gotowa. Pierwsze amerykańskie domowe pancakes smażyłam razem z kolegą w Teksasie po imprezie urodzinowej przyjaciółki. O 4 nad ranem gdy już wszczyscy spali. Teraz, jak mieszam ciasto na te amerykanskie placuszki to wracam do tamtych wspomnień i naszych rozmów, które na szczęście trwają do dzisiaj i często są okołokulinarne. Arbuza, soczystego i słodkiego, wyjadałam łyżką siedząc na krawężniku, pod całym dniu pieszego i autostopowgo przemieszczania się, gdzieś w Turcji. Był to najwspanialszy smak arbuza i posiłek, którego nie przebiłoby danie nawet najbardziej znanego kucharza z "michelinowskiej" restauracji.
Po przeczytaniu książki Molly Witzenberg (autorki bloga Orangette), po raz kolejny uświadomiłam sobie, że dwa czynniki tworzą dla mnie miejsca godne wspomnień: ludzie, których spotkałam na swojej drodze i jedzenie, którego spróbowałam. A Molly oddała istotę gotowania i jedzenia w jednym zdaniu "In the simple acts of cooking and eating, we are creating and continuing the stories that are our lives" (w moim wolnym tłumaczniu "poprzez proste czynności gotowania i jedzenia, tworzymy i kontynuujemy historie, które są naszym życiem"). Książkę Molly przeczytałam na wdechu, w rekordowym tempie (łącznie z każdym składnikiem, który towarzyszył przepisom). Gdybym miała talent literacki to właśnie w takim formacie chciałabym spisać swoje doznania kulinarne i życiowe...a że talentu brak to ten blog jako zapis wspomnień musi wystarczyć:) Nie jest to książka stricte kulinarnia. Są to wspomnienia autorki połączone z ważnymi dla niej potrawami, które w danym momencie stanowiły nie tylko tło do jej przeżyć ale były również czynnikiem inicjującym pewne wydarzenia w jej życiu. Polecam tym co lubią, tak jak ja, jeść i czytać o jedzeniu :)
![]() |
| Jak już przepisałam większość interesujących mnie przepisów i cytatów z egzemplarza bibliotecznego zdecydowałam się na własną kopię i ku mojemu zdumieniu książka kosztowała mnie jedyne $6 na amazonie. |

Agnieszko,ciekawe to,jak ludzie i miejsca kojarzą się nam z dobrym jedzeniem.Bezcenne wspomnienia o dziadkowym boczku i tatusiowej wątróbce.Mniam.
OdpowiedzUsuńWspaniale,że jedzenie kojarzysz z przyjemnością.Daje to tyle radości!
Książka fantastyczna.Chciałabym bardzo ją przeczytać.
Uściski!
He he , brak zdolności - kochana pięknie to napisałaś, a Twój post przeczytałam też na jednym wdechu, nie ma co cmokać nad rozlanym mlekiem tylko pisać i wierzyć w siebie ;))), to jest to co powtarzam mojemu mężowi, że fantastycznie pisze i jego książka o fotografowaniu będzie tą która podbije serca wielu ludzi, tylko ,musi w to uwierzyć, no i wreszcie ją pisze ;)), ja tez mam takie przemyślenia jak Ty, uwielbiam gotować, mój maż też uwielbia, więc ciągle coś pichcimy i karmimy tym przyjaciół i znajomych ;)).
OdpowiedzUsuńpozdrawiam cieplutko
Ja powoli łapię kulinarnego bakcyla:) Książkę koniecznie muszę zdobyć:) Jedzenie to dla mnie ogromna przyjemność odkąd pamiętam a wątróbkowe wspomnienia też mam tyle że związane z Babcią:) Pozdrawiam gorąco
OdpowiedzUsuńTwoje teksty mają coś, z czym człowiek - jak sądzę - się rodzi - swój klimat, niepowtarzalny styl. Każdy styl można ulepszać, ale niepowtarzalności się nie nabędzie, nie wyuczy się jej. Pisząc można jedynie zadbać, żeby trwała, żeby udawało się ją utrzymać.:)
OdpowiedzUsuńJa niestety organicznie nie jestem smakoszem, a pożeraczem jedzenia, co mnie w tym względzie przybliża mentalnie ku Amerykanom i z czym staram się walczyć.:)
Tak, jak wspomniałam w poprzednim komentarzu - książka do mnie idzie, z USA, bo nawet z przesyłką była tańsza, niż stąd.Twój wpis to gwarancja, że nie pożałuję zakupu - dziękuję:-)
OdpowiedzUsuńAgnieszko, piszesz tak, że chętnie sięgnęłabym po Twoją książkę:). Ta Twoim opisem zachwyca, ale ja niestety nie mogłabym jej przeczytać ze wzgl. na barierę językową... Cóż... pozostaje z radością zaglądać do Ciebie i raczyć się Twoimi opisami i pysznościami, które serwujesz:)
OdpowiedzUsuńAgnieszko, uwielbiam zagladac do ciebie i czytac twoje posty. Masz talent i musisz go wykorzystac. Pisz smialo. Tez zapisze sie w kolejke po pierwszy egzemplarz. usciski przesylam. Ania
OdpowiedzUsuńAmber,
OdpowiedzUsuńTakich wspaniałych wspomnień mam mnóstwo, które uaktywniają się w bardzo niespodziewanych momentach, przy smaku, zapachu albo jak ktoś coś powie...Lubię to :)
Ściskam!
Ula, wspaniale z książką Twojego męża. Mam nadzieję, że się pochwalisz jak już będzie gotowa. Ostatnio coraz więcej czytam o fotografii i bardzo mnie ten temat interesuje.
A z pisaniem nie czuję się komfortowo – czasem wolę obraz od słów bo mam wrażenie, że nie jestem w stanie oddać tego co myśle na papierze. Ale blog daje mi wystarczającą frajdę :)uściski!
Mimi, najważniejsze to przyjemność z gotowania i późniejszego pałaszowania w dobrym towarzystwie :) Uściski!
Lekka, w podstawówkowo/licealnych czasach oceny za wypracowania nie powalały a i stylu też nie wykryto i przez to nigdy nic nie pisałam ot tak! A styl sądzę, że każdy z nas ma...ale nie zawsze czytelników ;)
Twoja walka i determinacja i motywacja....ach, brak mi słów! Podziwiam i kibicuję Ci z całego serca! Nie potrafię sobię wyobrazić jaka to musi być ciężka praca.
Aniu, z tą książką i o tym co Molly piszę utożsamiam się w wielu aspektach. Mam nadzieję, że Tobie również się spodoba:) Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii.
Ewelajna, dziękuję! To bardzo miłe słowa:)
Aniu, :) dzięki! Ale pozostanę przy blogowych wynurzeniach bo mi z tym dobrze:) Uściski!
p.s. a te pyszności z Twoich ostatnich zdjęć sniły mi się dzisiaj po nocy...:):) Ach, Ty!:) Wstałam głodna jak wilk :)
Zapach jedzenia mnie również kojarzy się z poszczególnymi sytuacjami i osobami, uwielbiam spędzać czas w kuchni, staram się każdej potrawie poświęcać maksimum czasu i dokładności a potem cieszyć się smakiem i czekać na opinię kosztujących:)Cieszę się,że coraz więcej osób, które tak postrzegają jedzenie!jeść mniej, wolniej, zdrowiej a przede wszystkim smaczniej, to moja dewiza!
OdpowiedzUsuńpozdrawiam!
Olu, Tak! W koncu jedzenie jak i gotowanie to "czynnosc" jaka towarzyszy nam codziennie i jesli tego chcemy umili nam dzien:) Serdecznosci!
OdpowiedzUsuńAgnieszko piękna lekkość słowa ...
OdpowiedzUsuńMagicznie, pięknie i pysznie - jak zwykle, a jakże niezwykle!
Pozdrawiam
Inka
Twoje wolne tłumaczenie bardzo mi się podoba i z przyjemnością sięgnęłabym to tę książkę.
OdpowiedzUsuńTez lubię jeść. I gotować, i piec. Już sobie nie wyobrażam z tego zrezygnować.
Pozdrawiam serdecznie.
Inko, cieszę się i dziękuję za miłe słowa:) Uściski!
OdpowiedzUsuńYba, to tak jak ja:) I w tym temacie mogłabym godzinami rozmawiać...oczywiście w towarzystwie pysznego jedzenia:) Spokojnen nocy!
Ojoj, to ja ją chyba zamawiam. W sensie - książkę zamawiam. To raz.
OdpowiedzUsuńA dwa- trzy czwarte czasu myślę o jedzeniu! Myśląc o podróżach - zastanawiam się, co zjem, jak dane miejsce będzie inspirowało mnie kulinarnie i co pysznego przywiozę do swojej domowej spiżarki (swoją drogą-marzy mi się spiżarnia z prawdziwego zdarzenia). Ja pamiętam z dzieciństwa i lepienie pierogów - mama, tata i ja. Jeszcze większą frajdą od pierogów było robienie makaronu domowego. Do rosołu. Najpierw zagniatanie ciasta przez mamę, ja dosypywałam mąkę. Później krojenie cieniuteńkich kluseczek ostrym nożykiem. Z czasem rodzice kupili maszynkę do robienia makaronu i tu frajda była chyba jeszcze większa. To była dla mnie czysta magia, gdy grubaśne ciasto wkładało się do maszynki, a z jej drugiej strony pojawiał się cieniutki placuszek. Taki domowy makaron był przepyszny, bardzo żałuję, że rodzice porzucili już ten kulinarny zwyczaj. Muszę koniecznie przejąć od rodziców maszynkę i przenieść makaronową tradycję do własnego domu. Kolejne wspomnienie to wspomnienie związane z moją babcia, która z nami mieszkała. Codziennie rano, przed moim wyjściem do przedszkola stawiała przede mną szklankę ciepłego mleka z miodem. Jak ja tego nie lubiłam... Babcia zawsze pilnowała, aby wypiła do dna, a ja denerwowałam się, że muszę to robić. Teraz, gdy wspominam ten smak mam na czubku języka niesamowitą słodycz, ciepło, a w sercu wielką miłość i wdzięczność dla babci. Chyba nic, jak mysl o szklance ciepłego mleka z miodem nie wywołuje we mnie tak przyjemnych uczuć i wspomnień. Kiedyś więcej o tym napiszę u siebie ;)
P.S. Kocham także rozmawiać o jedzeniu, czytać o nim, oglądać programy kulinarne i filmy z "jedzeniowym" wątkiem w tle lub na głównym planie ;) Kocham książki kulinarne, wczoraj moja biblioteczka powiększyła się o kolejną. Pierwsze chwile z nową książką kulinarną są dla mnie eksplozją przyjemności ;) Choćbym nic z tych wszystkich książek nie ugotowała - nie mogę odmówić sobie przyjemności płynącej z ich kupowania, posiadania, czytania i oglądania ;)
OdpowiedzUsuńKemotko, widzę, że miałybyśmy tematów do rozmów na wiele, wiele godzin!:) Te tutaj, to tylko moje wyrywkowe wspomnienia, mały procent tego co mi się w głowie kotłuje i o czym ciągle myslę, wspominam i opowiadam E. Z E. jedną z naszych ulubionych rozrywek, jak mamy ochotę coś obejrzeć, są programy kulinarne. Narazie nie mieliśmy wiele możliwości do podróży ale jak tylko wszystko się ustabilizuje to kulinaria będą w czołówce naszych podróżniczych zachwytów i planów.
OdpowiedzUsuńTwoje wspomnienie o Babcinym mleku z miodem jest rozczulające i niesamowite jak z latami właśnie te drobne, wydawać by się mogło, czynności czy gesty zapadają w sercu na zawsze.
Makaron...przyglądałam się zawsze z niesamowitą ciekawością jak Babcia kroiła nożem bardzo szybko i z wielką wprawą.
Książki kulinarne również uwielbiam, narazie zadowalam się kilkoma swoimi a resztę wypożyczam z biblioteki ale to też się zmieni bo jest już kilka na mojej liście, które koniecznie muszę mieć na własność. A czytam je jak normalne książki, przepis po przepisie...lubię takie formy jaką Molly zaprezentowała w swojej książce, bo pokazuje, że przepisy "żyją" a nie są jedynie suchymi instrukcjami jak co ugotować.
Czekam z niecierpliwością na więcej Twoich smakowych wspomnień!:)
no to mam książkę na wakacje, czytanie po angielsku będzie wyzwaniem, ale twoja recenzja tak mnie zachęciła, że najwyżej będę czytała ze słownikiem, a co ;p
OdpowiedzUsuńM., świetnie:) Mam nadzieję, że Ci się spodoba:)
OdpowiedzUsuń